28 września 2016

Wielki Chocz czyli niespodziewane spotkanie...

27.09.2016 Wielki Chocz i Dolina Kwaczańska.

-"Słyszałem niedźwiedzia..." 
- "Gdybyś go słyszał, uwierz mi, poznałbyś od razu. To były jelenie które mają rykowisko" - te słowa zapamiętałem podczas rozmowy z Łukaszem z TPN, kilka lat temu. 
                   I faktycznie, jeleń wydaje zupełnie inny dźwięk niż niedźwiedź... Ale usłyszałem to dopiero tej nocy gdy wchodziłem na Wielkiego Chocza... Nie dość że usłyszałem (faktycznie jest to zupełnie inny głos niż jeleni, podczas rykowiska), to jeszcze zobaczyłem go na własne oczy o czwartej nad ranem... Stał może 30-40 metrów ode mnie. Tzn szedł w moją stronę... Zaświeciłem latarką bo myślałem że to jeleń. Zaniemówiłem. Misiek ryknął (co zapamiętam do końca życia!), odwrócił się i zniknął... Zgasiłem czołówkę i poszedłem dalej szlakiem... To było chyba najdłuższe 45 minut, jakie szedłem do góry. Taką przygodę dziś miałem na Strednej Polanie, pod Wielkim Choczem... 

Przy wejściu na Chocz, przy bezchmurnej pogodzie, miałem nadzieję na piękne mgły w dolinach... Nie spodziewałem się jednak że tuż przed szczytem, mgły podniosą się do góry i mało co będzie widać...

Wielki Chocz (1611 m). Kiedy stanąłem na szczycie, mgły podniosły się zupełnie...

Po jakimś czasie, coś zaczęło się dziać...
Nie było spektakularnie ale pięknie...

...
Lecz wschód słońca jednak zobaczyłem...

...

...

... i w pewnym momencie przebiło się przez niskie chmury...

Ostatnie ujęcie i czas wracać tą samą drogą i oby tylko, nie spotkać tego samego "gościa"...
Młyny w Dolinie Kwaczańskiej.

Jak Bóg da, to wrócimy tutaj na zdjęcia w październiku...
 


19 września 2016

Tatrzański plener fotograficzny...

14-18.09.2016 Tatry.

          Sam nie wiem od czego zacząć bo działo się wiele... Plener rozpoczęliśmy od... zmiany planów... No tak to u mnie jest że obserwuję pogodę i decyzje o zmianie miejsca skąd będziemy fotografować, czasem podejmuję w przeciągu kilku minut. Tak było i tym razem...
Na plenerach nie moje zdjęcia są najważniejsze ale jeśli tylko nadarzy się okazja, to oczywiście także je robię.

To najdłuższy plener jaki do tej pory prowadziłem. 5 dni = większa szansa na dobrą, fotograficzną pogodę. Przygodę także :) Niestety, codziennie z różnych powodów było nas coraz mniej... Do tego zepsuła mi się czołówka, wężyk spustowy i obiektyw ale dzięki Bogu, mnie a nie któremuś z uczestników :) A tak wesołą i wspaniałą ekipę, mogłem sobie tylko wymarzyć! :)
Od razu WIELKIE DZIĘKUJĘ dla: Marioli, Marzeny, Jagody, Kingi, Kasi, Agnieszki jednej i drugiej, Ani, Czarka, Piotra i Krzysia - Jesteście WIELCY!

Rozpoczynamy w środę, z lekkim opóźnieniem. Pogoda słoneczna ale nad Tatrami coraz więcej chmur... Informuję uczestników o zmianie w planach i jestem miło zaskoczony że praktycznie wszystkim zmiana się podoba :) Zatem o 23.30 ruszamy do Popradzkiego Plesa, by stamtąd ruszyć w drogę, na Rysy. Czyli wyżej się już nie da! Chyba że z wysokogórskim przewodnikiem... Ale nim pojedziemy na Słowację, mamy w planach zachód słońca na Wielkim Kopieńcu. Z dwunastoosobowej grupy, kilka osób decyduje się zrealizować ten plan a reszta zostaje by się wyspać przed nocną wyprawą. Przy podejściu pod Kopieniec, niestety wycofuje się Agnieszka która przyjechała z gorączką i mimo iż próbowała, to choroba ją pokonuje... Szkoda - może następnym razem się uda! Pogoda na Kopieńcu niestety nie dopisała i Ci co zostali, nie musieli żałować swojej decyzji...

Zachód słońca na Wielkim Kopieńcu...

                      Jeszcze tego samego dnia, budzik budzi mnie przed 23-cią... 23.30 ruszamy do Popradzkiego Plesa. 0.50 ruszamy na Rysy. Jest nieco chmur ale widać także gwiazdy a prognozy są bardzo dobre. Od razu zaczynają mi się kłopoty z czołówką. Walczę ile mogę ale tuż przed samym wejściem na łańcuchy, latarka odmawia współpracy a nie zabrałem zapasowej... Idę z Kingą, Marzeną, Kasią i Jagodą na samym końcu. Reszta sporo przed nami. Dziewczyny podświetlają mi drogę a chwilę później, Kinga pożycza mi zapasową latarkę którą przezornie nosi w plecaku. Dziękuję bardzo!
Mamy jednak opóźnienie tak duże że nie ma szans byśmy dotarli na Rysy przed wschodem słońca, dlatego podejmuję decyzję iż będziemy fotografować z przełęczy Waga. Reszta dociera na szczyt na czas i dzięki temu wszyscy mogę spokojnie fotografować. Jest piękny poranek choć brakuje mgiełek w dolinach... Po wschodzie schodziemy do Chaty pod Rysmi (Schronisko Pod Wagą). Kiedy zaczynamy schodzić w stronę Popradzkiego Plesa, przez chwilę zastanawiam się czy to jeszcze wakacje a może weekend?! Do góry wchodzi masa ludzi! Schodzimy jednak spokojnie, każdy swoim tempem...

Świt nad Tatrami Wysokimi...

Mgieł brak ale za to kolorki piękne...

Łomnica z lewej...

Wschód słońca coraz bliżej...

Jeszcze kilka chwil i wyjdzie...

Pięknie podświetla doliny...

I tworzy spektakl świetlny, "laserowy".

Wysoka.

Kiedy schodzimy Szatan jest w chmurach...
 
                           Kolejny dzień, piątkowy, rozpoczynamy od wyjazdu o 4.30 na Łapszankę. Niestety, dzień wcześniej choroba pokonała Agnieszkę, a dziś nie jedzie z nami Marzena... 
Kiedy dojeżdżamy na Łapszankę, widzę że nic tutaj się nie będzie działo tego poranka więc szybko zmieniam plany i jedziemy na Hanusovske sedlo, po słowackiej stronie Spisza. Miejsce piękne i prawie zawsze pewne pogodowo - myślę głośno, mając nadzieję że nikt nie będzie zawiedziony zmianą planów. Pierwszy raz tego dnia podejmuję słuszną decyzję ale nie ostatni...

Hanusovske sedlo z widokiem na Magurę Spiską...

Na ten moment wszyscy czekali i się doczekali :)

Hanusovske uwielbiam za mgły i wieloplanowość...

... i za promyki słońca :)
 
                       Następnie ruszamy w stronę Morskiego Oka. Samochody przed 9-tą, zostawiamy na parkingu na Palenicy Białczańskiej. A konkretnie jakiś kilometr przed, gdyż na nim już dawno miejsc brak... Tłumy ludzi którzy idą w stronę MOka. Ale tak jest na szczęście tylko do Wodogrzmotów Mickiewicza a dalej jest nieco spokojniej. Oczywiście jeśli idzie się Doliną Roztoki do Doliny Pięciu Stawów a nie dalej asfaltem... Przy Wodogrzmotach pierwszy postój na ćwiczenie długich czasów. Kolejny raz ćwiczymy "rozmycia" na potoku Roztoka a następnie przy wodospadzie Siklawa. 

Końcowa część wodospadu Siklawa.

Kinga, Kasia i Agnieszka podczas fotografowania wodospadu a Czarek na drugim jego brzegu...

Dziewczyny mają pasję w sobie i to jest piękne...
 
            Decyzję czy na zachód idziemy na Szpiglasowy Wierch czy na Kozi Wierch, przeciągam do ostatniej chwili... Jest już na tyle późno że lepszym rozwiązaniem, w mojej ocenie, będzie Kozi Wierch. Jedyne "ale" to fakt że nie znam tego szlaku. Miał być łatwy a nie jest. Momentami także trudny orientacyjnie. Ale nie może być inaczej, skoro stanowi integralną część słynnej Orlej Perci.
Ze schroniska w Dolinie 5 Stawów ruszamy o 16. Na podejściu czarnym szlakiem rozciągamy się bardzo mocno... Na tyle mocno że na szczyt kilka osób nie dociera... Jest zbyt późno i podejmuję jedyną słuszną decyzję - wracają. Ci co weszli, co zobaczyli, zapamiętają to do końca życia! Działo się niesamowicie dużo a ja cieszyłem się że nie poszliśmy na Szpiglasowy, bo stamtąd nie zobaczylibyśmy nic... Cały czas był w chmurach. Ale to że nie weszli wszyscy, od tej pory będę traktował jako porażkę i błąd z mojej strony. Przeprosiłem na swój błąd...
Zejście trwało dłużej gdyż Agnieszce przytrafiła się kontuzja kolana... Była jednak bardzo dzielna i silna i z pomocą Czarka, dotarła na dół. Czarek, czapki z głów dla Ciebie ze WIELKI OGROM pracy jaki wykonałeś!!! I nawet wybaczam Ci że potem omal nie umarłem przez Ciebie, jak przestraszyłeś nas, wyskakując z krzaków, udając niedźwiedzia! :)))
Do pensjonatu wracamy o 2 w nocy...

Nie będę nic pisał - zobaczcie sami...

...

...

...

...

...

...

Mogłem sobie tylko wymarzyć takie warunki... 
 
                        W sobotę zaczynamy dopiero o 11. Trzeba było odespać dwa poprzednie dni i noce. Cały dzień pada deszcz. Spędzamy go więc na zaplanowanych wcześniej ale nie zrealizowanych z powodu pięknej pogody, zajęciach teoretycznych. 
Sprawdzamy także prognozy i wiele wskazuje na to że w nocy ruszymy... Grześ czy Kasprowy? Wybór pada na Kasprowy i znów okazuje się strzałem w dziesiątkę :) Ale też znów ruszamy mniejszą grupą, bo Agnieszka z Anią, wracają nad morze... Plener kończy się pięknym nocnym i porannym fotografowaniem na szczycie Kasprowego Wierchu (było bardzo zimno i obiektywy parowały cały czas...), śniadaniem w Murowańcu oraz Lightroomem w willi Zwijaczówka. Prognozy także się sprawdzają i przed południem zaczyna padać... A ja zaczynam tęsknić za wspaniałą, plenerową ekipą... Za wszystkimi bez wyjątku :)

Nocne Zakopane z Kasprowego Wierchu.

Stacja meteorologiczna na Kasprowym Wierchu.

Świnica o świcie...

...

Pierwsze promyki słońca...

... przebijają się nad Orlą Percią... Wreszcie robi się cieplej...

Beskid i Świnica...

Pierwsi turyści, wędrujący w stronę Świnicy...

...

Kozica zerka w naszą stronę...

... a Kasia mimo zmęczenie i zimna, daje radę :)