23 stycznia 2005

I Świtak 22/23.01.2005

I Świtak 22/23.01.2005 Markowe Szczawiny - Babia Góra
 
Któregoś grudniowego wieczorka, rozmawiając z Sebą na Gadu-Gadu, wpadamy na genialny pomysł - wschód słońca na Babiej Górze... zimą! Pomysł wydaje się szalony ale postanawiamy go zrealizować. Pada na termin 22-23 stycznia. Hmmm.... nazwiemy to "Świtak".
Rozsyłam wieści po znajomych. Początkowo bardzo optymistycznie zakładam iż w "Świtaku" może wziąć udział nawet 15 osób, ale szybko zostaję sprowadzony na ziemię... Ostatecznie pojedzie nas piątka: Kuba, Witek, Paweł, Seba i ja. Wielu ludzi po prostu nie lubi turystyki zimowej a tu jeszcze... nocą na Diablak!

Wyruszamy z Krakowa, autobusem PKS w sobotę o godz. 10:35 relacji Kraków – Zawoja Markowa. Bilety kupujemy nieco wcześniej... Pierwszy na dworcu zjawia się Paweł z Lubnia. Jest 9:15. O 9:30 dzwoni Seba że także już dotarł?! Czyżby nie mogli spać?

W Zawoi jesteśmy 13:15. Pogoda diametralnie różni się od krakowskiej. Jest mnóstwo śniegu i zima wygląda bardzo bajecznie. Na przystanku zakładamy raczki, raki, rozkładamy kijki i ruszamy zielony szlakiem. Początkowo idziemy "zwartą" grupą ale w miarę upływu czasu oraz wzrastającej wysokości, każdy idzie własnym tempem. Do schroniska docieramy ok. 15:00. Czas w schronisku mija nam na zastanawianiu się jakie warunki panują na Babiej... Pytamy o nie gospodarza schroniska - Edwarda Hudziaka - ratownika GOPR. Dowiadujemy się iż warunki są bardzo trudne, III stopień zagrożenia lawinowego (nie dotyczy on jednak szlaku czerwonego, czyli tego którym zamierzamy iść), a na Przełęczy Brona... 2-2,5m śniegu! Nie wróży to nic dobrego, gdyż dodatkowo cały czas sypie śnieg i wieje bardzo mocno.

Jesteśmy jednak dobrej myśli i raczej nikt nie myśli aby zrezygnować z porannego "ataku" Królowej Beskidów. Ustalamy godzinę wyjścia: 4:30. Korzystając z faktu iż już jesteśmy na Markowych, Kuba po wcześniejszych ustaleniach telefonicznych, przeprowadza wywiad z gospodarzem schroniska a my "leniuchujemy" w pokoju... Chcemy iść przed budynek porobić fotki ale pogoda skutecznie nas do tego zniechęca. Około 21:00 decydujemy jednak że trzeba "zbadać" teren, tym bardziej iż Kuba wypożyczył rakiety śnieżne i trzeba je przetestować przed porannym wyjściem na szlak. Robimy trochę fotek i wracamy do pokoju. Wieczór mija na miłych, zabawnych opowiadaniach a apogeum osiąga w momencie kiedy Witek dowiaduje się że Paweł kształci się na kucharza.
Witek: "Oscypka potrafisz zrobić?"
Paweł: "Nie..."
Witek: "W górach mieszkasz i nie potrafisz zrobić oscypka?"
Na to wszystko oddzywa się Seba: "Witek a Ty Seicento potrafisz złożyć???"
(Witek pochodzi z Tychów, gdzie od lat mieści się fabryka fiata...)

Wyruszamy ze schroniska punkt 4:30. Sypie śnieg. Pogoda bez zmian... W świetlne czołówek ruszamy czerwonym szlakiem w kierunku Brony. Ścieżki praktycznie brak choć widać jeszcze pod świeżym śniegiem, jej zarys. W sobotę ludzie tędy szli, lecz sypało całą noc. Jest bardzo przyjemnie i o dziwo, nie ma wiatru. Skręt w prawo i zaczyna się... podejście pod Przełęcz Brona! "Masakra", jak miało się za chwilę okazać... Kuba szedł pierwszy, gdyż jako jedyny posiadał rakiety śnieżne. Zapadał się w nich do połowy łydki a my, pomimo iż szliśmy po jego śladach... do pasa! Przejście pięciu metrów zajmowało nam momentami... 5 minut! Zmienialiśmy się torując drogę co kilka metrów, to był jeden z najcięższych, a może nawet i najcięższy odcinek, całej drogi. O 5:45 stanęliśmy na Bronie i to tylko dzięki Kubie, który przetarł nam wcześniej drogę i trzymał się szlaku. Na Bronie chwila odpoczynku, zaraz ruszyliśmy dalej, grzbietem, czerwonym szlakiem. Szło się równie ciężko jak na przełęcz, gdyż pod nami znajdowała się zasypana kosodrzewina i każdy niemal krok, to było zapadanie się po pas. Pomalutku zaczynało świtać, wiatr zaczynał wiać coraz mocniej, widoczność spadła do kilkunastu metrów. Szliśmy po śladach Kuby oraz Pawła, który szedł nieco przed nami. Pomagały też bardzo tyczki (jest na nich kolor szlaku), które latem, przy pięknej słonecznej pogodzie, wydają się bezużyteczne ale już podczas mgły mogą uratować nawet życie. Szliśmy teraz na przemian po ubitym śniegu, lodzie i znów świeżym, w którym zapadaliśmy się po kolana. Mróz coraz większy, głównie "dzięki" wiatrowi wiejącemu naprawdę mocno.

Widać "gołym okiem" że Paweł nie czuje się najlepiej... Twarz ma bardzo zmrożoną a dodatkowo pojawiają się u niego białe ślady w okolicach nosa, co może wskazywać na wstępne stadium odmrożenia. Kuba (mający podobne problemy co Paweł...), jak się okazało, był już na szczycie ale zszedł w naszym kierunku, gdyż pogoda nie pozwalała mu tam dłużej zostać. Wszedł tam jako pierwszy o 7:30, wszyscy razem byliśmy tam o 8:00. Radości nie było końca, jakbyśmy zdobyli co najmniej Everest. Ale dla nas to był naprawdę w tych warunkach pogodowych taki "Mały Everest". Herbatka, coś do jedzonka, 15 minutek i trzeba schodzić. Pogoda nie pozwala na nic więcej, brak jakiejkolwiek widocznośc, temperatura odczuwalna w granicach minus 15-20 st.C. Ściągam na parę sekund rękawice aby wyciągnąć z plecaka inne oraz szalik i... przez następne pół godziny nie mogę sobie poradzić z utrzymaniem kijków, gdyż czuję ogromny ból przemrożonych dłoni...

Początkowo mieliśmy schodzić na Krowiarki przez Sokolicę, ale po głosowaniu, stosunkiem 3:2, postanowiliśmy wrócić tą samą drogą. Schodząc zbyt mocno skręciliśmy z lewą stronę i przez długi fragment nie mogliśmy odnaleźć właściwej drogi. Dotarliśmy jednak do tyczek i zejście od tego momentu praktycznie nie stanowiło już większych trudności. Na Bronie jeszcze chwila odpoczynku. Schodzenie z przełęczy sprawia nam już znacznie mniej kłopotu niż podejście nad ranem...

Do schroniska dotarliśmy o 10:15. Po drodze spotkaliśmy grupę PTTK z Bielska Białej oraz gospodarza na nartach ski-tourowych, który szedł określić stopień zagrożenia lawinowego. Był już IV, ale nie mogliśmy wcześniej o tym wiedzieć... Krótki odpoczynek w schronisku, pakowanie i schodzimy czarnym szlakiem do Lajkonika. Bus jadący do Krakowa zabiera nas o godzinie 14:15. Była to fantastyczna wycieczka i mam nadzieję, że jeszcze nie jeden raz wspólnie taką przezyjemy! Dziękuję moim przyjaciołom, bez których "Świtak" by się nie odbył...

Uczestnicy "Świtaku": Paweł Stożek, Kuba Terakowski, Sebastian Wach, Witek Zamorski, Michał Sośnicki.




































Brak komentarzy:

Prześlij komentarz